Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezmięsne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezmięsne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2019

zupa selerowa

Dziś przyszedł czas na przepis, który już dawno komuś obiecałam. Próbowałam zastąpić pewne banalne składniki jakimiś profesjonalnymi produktami, ale bez powodzenia. Najbardziej smakuje mi "na banalnie" :D Seler - wiadomo - smak ma dziwny, bez dodatków trudno go zjeść, a z różnych zup jest najczęściej wyrzucany. A jednak! Ta zupa to dla mnie prawdziwa poezja smaku.

Składniki:
świeży seler (około 0,5 kg)
cebula
śmietana kremówka 30% - ok. 400 ml
2 łyżki masła (może być klarowane)
1 serek topiony (kremowy)
kilka suszonych borowików
migdały w łupinie (ok. 10-12 sztuk)
garść migdałów w płatkach
sól do smaku
opcjonalnie - 1/2 kostki bulionu grzybowego


Przygotowania zaczynam od obrania selera, pod koniec obierania stawiam na palnik rondel lub garnek do którego wkładam masło. Na rozgrzane masło rzucam ucięte byle jak kawałki selera (staram się ścinać nieregularne plastry, tak, aby powierzchnia przysmażonego selera była dość duża i łatwo można było kawałki odwracać). Grzyby zalewam wrzątkiem (ok. 1/2 szklanki). Po przyrumienieniu selera (po ok. 10-15 min. smażenia) zalewam go śmietaną, dodaję obraną i pokrojoną cebulę oraz pół kostki bulionu grzybowego (można go zastąpić większą ilością grzybów). Kiedy grzybki przestygną dokładnie je płuczę, bo niewiele jest rzeczy gorszych w jedzeniu, niż piasek w pysznej zupie :) Wypłukane grzyby również dodaję do zupy. Uwaga! Nie wylewam esencji od grzybków, tylko po odstaniu bardzo ostrożnie zlewam ją do garnka - nie wylewam całości, zostawiam na dnie trochę esencji z paproszkami, więc jeśli był w grzybach piasek - również tam zostanie. Jeśli boicie się zrobić to do garnka, to proponuję odlać do szklanki, odstawić, potem na wszelki wypadek do kolejnej, aż do pewności, że piasku już nie ma :)


Po około 20 min. od zagotowania selera z cebulą, grzybami i śmietaną - dodaję serek topiony i migdały w skórkach. Gotuję kolejne 20 minut co jakiś czas mieszając. W razie konieczności można oczywiście dolać wody lub śmietany. Na koniec prażę płatki migdałów - na suchej, rozgrzanej patelni - i posypuję nimi zupę tuż przed podaniem. Gotowe! W wersji dla tych, którzy wolą kremy - odkładam kilka kawałków selera z zupy oraz migdały, resztę miksuję i dodaję odłożone wcześniej rzeczy - tak dla urozmaicenia kremu :) Mówię Wam - niebo w gębie!

sobota, 15 grudnia 2018

pierniczki


Zapach piernika zawsze przywodzi mi na myśl Wigilię i nieodłącznie kojarzy się z zapachem choinki w domu. To pierwszy znak zbliżającego się okresu świątecznego, ponieważ przygotowania potraw zawsze zaczynano od pierników - już w listopadzie czy na początku grudnia, zanim jeszcze rozpocznie się na dobre szaleństwo zakupowo-kulinarne. A to dlatego, że prawdziwy piernik powinien skruszeć, a zatem swoje odleżeć w spiżarni, schowany przed wzrokiem wygłodniałych domowników.

Dziś przedstawię przepis na pierniczki, które mogą stanowić równie dobrze słodką przekąskę, co ozdobę świątecznego stołu czy choinki. Moje już są niemal gotowe i w końcu znalazłam czas, by je opisać.

Składniki na ok. 200 pierniczków (to wcale nie tak dużo!):
1,5 szkl. cukru,
1 kg mąki,
2/3 szkl. miodu,
200 g masła,
20 g przyprawy do piernika,
2 łyżeczki sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia,
2 jajka,
skórka pomarańczowa.

Z połowy cukru należy zrobić karmel - dla niewtajemniczonych: wsypać cukier do suchego rondla, postawić na palnik (mały ogień) i czekać aż cukier się wysmaży - mieszać, ale nie łyżką - jedynie poruszając całym rondlem. Jeśli się pali czyt. dymi - zmniejszyć ogień. Kolor właściwy to mniej więcej kolor miodu gryczanego, przejrzysty, brązowawy. Kiedy już cały cukier się skarmelizuje - zalewamy go niewielką ilością wody, powiedzmy pół szklanki. Uwaga! będzie bardzo buzować! Karmel osiąga bardzo wysokie temperatury, dlatego należy się z nim obchodzić ostrożnie. Proponuję nie wkładać do karmelu żadnej łyżki, ani przed, ani po dolaniu wody - karmel tylko by się do niej przykleił. Proponuję delikatnie mieszać całym rondlem, cały czas podgrzewając, aż woda z karmelem się połączy. Może być to żmudne zajęcie. Czytanie książki w tym czasie byłoby wysoce nieodpowiedzialne z uwagi na temperaturę - trzeba się po prostu przemęczyć.


Kiedy już w końcu karmel z wodą będzie wymieszany dodajemy do niego resztę cukru, masło i miód, i gotujemy. W tym czasie można w misce (odpornej na wysokie temperatury!) wymieszać około 1/3 mąki z przyprawą do piernika. Tak przygotowaną mąkę z przyprawami zaparzyć rozmieszaną i zagotowaną zawartością rondelka - stale mieszając, dodając po trochu, żeby nie było grudek. Dokładnie wymieszaną masę odstawiamy do wystudzenia, możemy w tym czasie zająć się np. siekaniem w drobniutką kosteczkę skórki pomarańczowej (robię do słoików drobniutką, a mimo to tę do pierników jeszcze siekam).

Po przestudzeniu masy dodajemy do niej stopniowo resztę mąki z proszkiem, jajka i skórkę pomarańczową cały czas wyrabiając. Najlepsze będą końcówki do wyrabiania ciężkich ciast - haki, spiralki, mieszadła, w każdym razie raczej nie te do ubijania piany. Jeśli chcecie wyrabiać ciasto ręcznie, to trzeba bardzo uważać, by nie powstały grudki z mąki, czyli dosypywać ją po troszeczku. Dobrze wyrobione ciasto odstawić na chwilkę (ja zazwyczaj robię wiele rzeczy na raz, więc wracam do ciasta po ok 30 min, kiedy już lekko obeschnie). Należy teraz sprawdzić czy będzie się dobrze wałkować na posypanym mąką stole (na wierzch też sypiemy mąkę, żeby ciasto nie przywierało do wałka). Jeśli się klei, ciągnie, nie daje się wykrawać - podsypuję więcej mąki i wyrabiam ręcznie już na stole. Konsystencja ciasta zależy od wielu rzeczy (bo np. za dużo wody chlapnęło się na oko lub szklanka do odmierzania miodu była większa od tej starej, tradycyjnej szklanki, którą dostanie się już tylko na straganie ze starociami).


Pięknie wykrojone pierniczki układam na blaszce pokrytej papierem do pieczenia i piekę 9 minut w temperaturze 180ºC (piekarnik wcześniej rozgrzany, termoobieg). Po wyjęciu pierniczki powinny przestygnąć na płaskim podłożu - zdejmuję je razem z papierem na stół, by móc na blaszce przygotowywać kolejną partię. Piekę na zmianę na dwóch blaszkach i robi mi się taka produkcja taśmowa. Pierniczki po wystudzeniu robią się twarde i nadają się do dekorowania, ale to już zupełnie inna historia :) Na opisanie lukru pewnie dziś nie starczy mi czasu, bo muszę skończyć dekorowanie. Proponuję nie odkładać robienia pierniczków na ostatnią chwilę - najlepsze są kiedy już skruszeją, czyli trzeba je upiec przynajmniej na tydzień przed konsumpcją :D


poniedziałek, 2 stycznia 2017

Ciasto szpinakowe leśny mech

Pewnie wielu z Was już widziało hit sprzed ponad roku - zielone ciasto. Wygląda bajecznie, a okazuje się również, że nie dość, że smakuje równie wspaniale, to jeszcze jest bardzo łatwe w przygotowaniu.

Ciasto:
450 g mrożonego rozdrobnionego szpinaku,
1 i 1/3 szkl. cukru,
3 jajka,
1 i 1/3 szkl. oleju,
2 szklanki mąki (zwykłej tortowej lub krupczatki),
3 łyżeczki proszku do pieczenia,
skórka pomarańczowa.
Masa:
300 ml śmietanki 30%
serek mascarpone,
2 łyżki cukru pudru,
cukier waniliowy,

owoce granatu do przyozdobienia.


Szpinak należy rozmrozić i dokładnie odsączyć - najlepiej odmrażać na sitku, a po odcieknięciu wody jeszcze położyć sitko na jakiś czas na ręcznikach papierowych. Białka ubić na sztywno, dodać cukier i dalej miksować dodać mąkę, olej z proszkiem, na koniec szpinak i żółtka oraz odsączoną skórkę pomarańczową - wymieszać wszystko ręcznie łyżką lub mikserem na bardzo wolnych obrotach. Ciasto wylać na wysmarowaną masłem i obsypaną bułką lub mąką tortownicę o średnicy ok. 25 cm. Wkładać do rozgrzanego do 180°C piekarnika i piec około 1 godzinę, pod koniec sprawdzając patyczkiem bądź wykałaczką - kiedy po nakłuciu ciasta wykałaczka wychodzi sucha, tzn. bez przylepionego ciasta - można skończyć pieczenie.


Śmietanę ubijamy na sztywno i dodajemy do niej schłodzony serek mascarpone wymieszany z cukrem pudrem. Szpinakowy biszkopt po przestudzeniu przekrajamy wzdłuż na dwie części, dół pokrywamy równomiernie masą, na wierch kruszymy drugą część ciasta i dodajemy owoce granatu. No i gotowe - smacznego!
 
Przepis podpatrzyłam na przyjemnosczpieczenia.blogspot.com - dziękuję :)

drożdżówki z serem

Drożdżówki na dobre zagościły w moim jadłospisie jakoś w podstawówce - najprostsze i najpyszniejsze drugie śniadanie, choć wówczas - kupowane w szkolnym sklepiku. Nie znam zbyt wielu osób, które by jasno deklarowały niechęć do tego przysmaku. Najlepiej jednak, jeśli mamy wpływ na to, co w takiej drożdżówce jest - jeden nie lubi skórki pomarańczowej, inny rodzynek, jeszcze inny woli serek zamiast budyniu itp. Dziś proponuję Wam zrobienie domowych drożdżówek z serem, choć nadzienie będzie raczej połączeniem sera z budyniem :)

Składniki na ok. 15-20 drożdżówek:

Ciasto:
1/2 kg mąki,
30 g drożdży,
1 szkl. mleka,
100 g masła,
szczypta soli,
1/3 szkl. cukru,
1 jajko (lub 2 malutkie),

Nadzienie:
1/3-1/2 kg sera mielonego do sernika (ale może być też danio czy inny serek smakowy, np. waniliowy),
opakowanie budyniu waniliowego (takiego na 1/2 litra mleka),
1/3 szklanki mleka,
skórka pomarańczowa,
garść rodzynek,
opcjonalnie, przy serku naturalnym: cukier waniliowy, żółtko, 2 łyżki masła.

Lukier: 1 szklanka cukru pudru, 2 krople zapachu (użyjcie swojego ulubionego), mleko, śmietanka do kawy lub mleko skondensowane w ilości bardzo ostrożnej - zawsze leję na oko, mieszam i sprawdzam konsystencję - ale raczej będzie to kilka łyżek niż kieliszek.


Do misy wsypujemy mąkę (można ją podgrzać, żeby drożdże szybciej wyrosły), w środku mąki drążymy dołek w który wstawiamy kubek z wymieszanym zaczynem: 1/3 szkl. letniego mleka, drożdże, 2 łyżki cukru i 2-3 łyżki mąki. Drożdże powinny zacząć pracować od razu. Kiedy już zaczyn wyleje się do mąki (zwiększy objętość ponad dwukrotnie) można zacząć mieszać ciasto: cały zaczyn wylać do mąki, dodać resztę mleka i cukru, szczyptę soli, jajko i wyrabiać, na końcu dodając roztopione masło. Można zmiksować najpierw jajko z cukrem, ale sprawdziłam - nie ma potrzeby, bez tego zabiegu drożdżówki wyjdą tak samo smaczne.


Ciasto należy odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinkę. Wówczas można przygotować ser: do garnka włożyć ser lub serki. Jeśli korzystamy z naturalnego serka można go trochę posłodzić, dodać cukier waniliowy i np. 1 żółtko, łyżkę masła. Jeśli korzystamy z serków smakowych, waniliowych, to dodajemy jedynie skórkę pomarańczową i rodzynki. Wstawiamy na palnik. Kiedy serek będzie zagrzany (robi się dużo rzadszy, zaczyna uwalniać pęcherze powietrza) wlewamy do niego rozpuszczony w mleku, dokładnie wymieszany budyń. Pamiętajcie, aby tuż przed wlaniem jeszcze raz rozmieszać, gdyż po połączeniu z mlekiem mąka ziemniaczana zawarta w budyniu lubi osiadać. Jeśli o tym zapomnimy - przygotujmy się na grudki w serze :) Masę jeszcze jakiś czas mieszamy, aż zgęstnieje - wówczas możemy zdjąć ją z palnika i ostudzić. Jeśli używamy serka typu danio (rzadkiego) proponuję jeszcze dodać do budyniu czubatą łyżkę mączki ziemniaczanej.



Blaszki wykładamy papierem do pieczenia. U mnie zazwyczaj są to 3 blaszki, płaskie, zwykłe, największe. Kiedy ciasto wyrośnie wykładamy je na posypaną mąką stolnicę i wałkujemy, lub dłońmi formujemy duży, dość cienki prostokąt (na grubość ok. 1-2 cm). Ciasto pokrywamy masą i rolujemy - to może okazać się trudne dla mniej wprawnych - proponowałabym wówczas wałkować ciasto na posypanej mąką ściereczce - wówczas podczas rolowania należy unieść bok ściereczki i ciasto "samo" się zroluje. Roladę kroimy w plastry i układamy na blaszkach pozostawiając przestrzeń wokół, na wyrośnięcie - ja używam do tego tasaka, na którym przenoszę plastry na blachę - nie róbcie tego rękami - nie uda się ;-) to byłby wyczyn godny kucharek o mocnych nerwach i cierpliwości do sprzątania surowego ciasta z podłogi. ;-) Po nałożeniu drożdżówek na blachę można je wysmarować roztrzepanym jajkiem (bądź białkiem, jeśli używaliśmy do masy żółtka) po czym włączyć piekarnik na termoobieg, 180-200°C, po nagrzaniu piec ok. 15 minut - jak znacie swój piekarnik, to sami oceńcie czy wszystkie piec razem, piętrowo, czy też każdą blaszkę osobno. Mi niestety przy pierwszej opcji piekarnik nie dopieka wszystkiego równo, dlatego wolę piec osobno. Jeszcze ciepłe drożdżówki można polać lukrem... a potem to już chyba tylko można liczyć na silną wolę, która uchroniłaby drożdżówki przed zjedzeniem wszystkich jedna po drugiej :D

czwartek, 25 sierpnia 2016

gruszki w syropie

Wiem, wiem... Trochę już późno na robienie gruszek, ale moja grusza akurat teraz postanowiła obrodzić, stąd opóźnienie w zaprawach. Jestem jednak przekonana, że możecie jeszcze dostać gruszki odpowiednie do wrzucenia w słoiki. Najlepsze będą te lekko niedojrzałe, dla wielu za twarde do jedzenia na surowo. Przyznam jednak, że do słoików wrzucam również dojrzałe, choć te wymagają szczególnego wyczucia, żeby nie były za miękkie.

Zalewa:
1 szklanka wody,
1 płaska łyżeczka kwasku cytrynowego (mniej w przypadku gruszek kwaśnych),
1/4 szklanki cukru,
1 łyżeczka cukru waniliowego.

Całość zaczynam od mycia i wyparzenia słoików, później przygotowuję zalewę i w czasie, kiedy ta będzie się gotowała, obieram gruszki. Zalewy oczywiście trzeba zrobić ilość proporcjonalną do gruszek. Zupełnie na oko to tak, aby zalewa w garnku przykryła gruszki. Mniej więcej wygląda to tak, że używam zalewy z 10 szklanek wody na 1 wiadro gruszek.


U mnie tak wygląda proces: kiedy zalewa się zagotuje wrzucam do niej te gruszki, które mam już obrane, przykrywam i na dużym ogniu zagotowuję. Jeśli gruszki są twarde można je pogotować 3-5 minut, jeśli miękkie - wyłączyć tuż po zagotowaniu (można je sprawdzić, jak ziemniaki). Gruszki wraz z zalewą wkładam na gorąco do słoików i zakręcam - wówczas nawet nie ma potrzeby pasteryzowania. Pozostałą zalewę traktuję w identyczny sposób - obieram kolejne gruszki, wrzucam, zagotowuję, wkładam do słoików i tak do skończenia owoców. Wolę tak na raty, zwłaszcza, że garnek ma ograniczoną pojemność.


A jak podawać takie gruszki? Najpyszniejsze są z koglem moglem ubijanym na parze z dodatkiem cukru waniliowego. Można taki kogel mogel połączyć (na zimno!) z ubitą śmietanką 36%. Mniam! Zwłaszcza w długie, zimowe wieczory...

piątek, 5 sierpnia 2016

zupa szczawiowa - najprostsza i najpyszniejsza

To będzie chyba mój najkrótszy przepis, nie ma się bowiem co rozwodzić nad przygotowaniem tej zupy. Mogłabym w tym miejscu przekonywać Was do samoczynnego zbierania szczawiu i tylko jego najmłodszych listków, ale jak jest każdy wie - szczaw kupujemy najczęściej na rynku czy przynajmniej straganie. Reszta jest tak prosta, że każdy, nawet z mizernymi zdolnościami do gotowania, tę zupę jest w stanie przyrządzić.

Składniki:
spory pęczek świeżego szczawiu (Ø 6 cm),
2 kostki bulionowe + 1 litr wody (lub 1 litr bulionu własnego wyrobu),
niepełna płaska łyżeczka soli,
4 jajka na twardo,
300 ml śmietany

Szczaw, jeśli nie został przez nas zebrany, przebieramy, odrzucając chore liście (jak na zdjęciu poniżej). Z pozostałych liści usuwamy łodygi. Niektóre cienkie można zostawić, ale jest ryzyko, że będą "łykowate". Szczaw następnie dokładnie płuczemy i szatkujemy do garnka, dorzucamy kostki rosołowe, dolewamy wodę, solimy i gotujemy ok. 20-30 min (aż liście będą się rozpadały). W tym czasie możemy też ugotować jajka. Po ugotowaniu zupy mieszamy ją ze śmietaną i podajemy z jajkiem. Koniec :D



niedziela, 19 czerwca 2016

sałatka z rukoli z truskawkami

Nastał w końcu czas na moje ulubione owoce - truskawki, a z nim szansa na objadanie się moją ukochaną sałatką. Połączenie może Wam się wydać dziwne, sama bym pewnie zareagowała przynajmniej ostrożnie, ale zapewniam, że warto spróbować. Sałatka jest na tyle nieskomplikowana, że dla spróbowania można najpierw zrobić małą ilość. Proporcje są w zasadzie dowolne, zmieniam je w zależności od chwilowych zachcianek. No ale coś podać wypada.

125 g rukoli
150 g truskawek (1 szklanka)
garść słonecznika
sos:
4 łyżki oleju lnianego (lub oliwy)
1 łyżka soku z cytryny
1/4 łyżeczki czosnku granulowanego lub 1/2 ząbka świeżego
1 łyżeczka cukru,
sól - do smaku
1 łyżka kremu z octu balsamicznego

Rukolę oczywiście należy dokładnie umyć i ew. wyrzucić zwiędłe i pożółkłe liście. Truskawki umyć, usunąć ogonki i pokroić. Wszystkie składniki sosu, prócz kremu, dokładnie wymieszać. Sok z cytryny spowoduje, że sos lekko zgęstnieje. Jeśli używamy świeżego czosnku, to oczywiście trzeba go przecisnąć przez praskę lub poszatkować. Do miski wkładamy rukolę, na nią truskawki, polewamy równomiernie sosem, obsypujemy słonecznikiem i na koniec polewamy kremem z octu balsamicznego. Truskawki powinny być w tej sałacie w zasadzie dodatkiem i możecie zmniejszyć ich ilość, ja jednak przez zimę tak za nimi tęsknię, że czasem dodaję ich nieprzyzwoicie dużo :) Jeśli przygotowujecie sałatkę wcześniej, to pamiętajcie, żeby sosami polać ją dopiero przed podaniem, bo inaczej liście rukoli oklapną a truskawki puszczą sok, co nie wpłynie co prawda na smak, ale będzie mniej atrakcyjne wizualnie. Smacznego!

poniedziałek, 13 czerwca 2016

kolorowy zawrót głowy czyli rolada łososiowo-szpinakowa

Pewnie zgodzicie się ze mną, że to bardzo efektowne danie. Taki wygląd może onieśmielać początkujących kuchcików, jednak powiem Wam, że to wcale nie takie trudne! Chcecie zabłysnąć przed teściową czy na przyjęciu urodzinowym? Zdecydowanie polecam tę roladę!

Składniki:
1 opakowanie szpinaku (450 g)
2 łyżki masła
3 ząbki czosnku
4 jajka
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
2 serki typu almette - śmietankowe
1 łyżka chrzanu
koperek
1/3 soku z cytryny
łosoś wędzony (ok. 300-400 g)
sól


Zaczynamy od rozmrożenia szpinaku - ja to robię w tempie przyspieszonym, czyli wrzucam szpinak na roztopione na patelni masło. Przez jakiś czas trzeba taki szpinak na patelni odparowywać, żeby ciasto nie wyszło zakalcowate. Do szpinaku dodajemy sól i na koniec poszatkowany (lub przeciśnięty przez praskę) czosnek. Podobno czosnek po rozdrobnieniu powinien z 10 min. sobie odpocząć zanim potraktujemy go wysoką temperaturą - wówczas nie zlikwidujemy jego wartości leczniczych.


Szpinak sobie stygnie a my zabieramy się za jajka. Oddzielamy żółtka i z białek ubijamy pianę - można dodać trochę soli, bo podobno ubijają się lepiej, choć tego nie zauważyłam. Kiedy już białka są dobrze ubite należy dodać do nich wystudzony szpinak wymieszany z żółtkami i obiema mąkami, po czym wymieszać już łyżką, żeby nie tracić puszystości. Piekarnik nastawiamy na 180°C. Zieloną masę wylewamy na blaszkę - ja używam tej największej, piekarnikowej (35x35 cm) - wyłożoną papierem do pieczenia. Papier jest ważny, bo pomoże nam później przy zwijaniu rolady. Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 10-15 min., aż ciasto się zrumieni. Po upieczeniu, na ciepło, ciasto przykrywamy ściereczką i rolujemy, bo inaczej, gdybyśmy rolowali je na zimno, mogłoby się połamać.


Podkład sobie stygnie a my zabieramy się za nadzienie: łososia kroimy w cienkie plastry, serki mieszamy z chrzanem, posiekanym koperkiem i sokiem z cytryny + solą do smaku. Koperek można też zostawić osobno i posypać nim rozsmarowany serek.


Kiedy już ciasto przestygnie odklejamy je od papieru (najłatwiej po odwróceniu) i smarujemy masą serkową (+ ew. zostawiony osobno koperek), układamy na wierzchu równomiernie plasterki łososia po czym roladę zawijamy. Po zawinięciu, żeby nie chciała się rozwijać dobrze jest owinąć ją folią. Rolada powinna poleżeć 2-3 godziny w lodówce zanim ją pokroimy. Jest o tyle fajna, że nie potrzeba do niej chleba, bo tę rolę przejmuje podkład szpinakowy. Mniam!

sobota, 12 września 2015

knedle ze śliwkami

A jakże, bo niby z czym innym mogłyby być? Wiem, wiem, oczywiście posypać się może mnóstwo odpowiedzi, nie mam zamiaru dyskutować o wyższości takich czy innych knedli. Ja po prostu uwielbiam te z węgierkami i tylko takie robię. Niewtajemniczonym podpowiem, że nie każda śliwka wyglądająca jak ta ze zdjęcia węgierką jest. Zazwyczaj jest to śliwka mniejsza od innych granatowych, niepozorna, za to aromatem,według mnie, przewyższająca wszystkie pozostałe.

Ale do rzeczy - na porcję 20 knedli będą nam potrzebne następujące składniki:
10 śliwek,
1/2 kg ziemniaków,
1 jajko,
3 czubate łyżki mączki ziemniaczanej,
1 szkl. mąki pszennej.
Okrasa: 2 łyżki masła, 2 łyżki bułki tartej.
Dla smakoszy: gęsta kwaśna śmietana.

Całą zabawę zaczynamy od śliwek, czyli po umyciu i osuszeniu każdą przekrajamy na dwie części i wyjmujemy pestkę. Śliwki do knedli wcale nie muszą być bardzo dojrzałe, bo po gotowaniu może się okazać, że wewnątrz będzie śliwkowa papka, ale to już rzecz gustu. Ja wolę twardsze i lekko kwaskowate.


Ziemniaki gotujemy w najzwyklejszy sposób - w osolonej wodzie. Można oczywiście użyć ziemniaków pozostałych z poprzedniego obiadu, jeśli nie napatoczyły się gdzieś po drodze sałatce jarzynowej. Ostudzone ziemniaki ugniatamy (lub mielimy, jak kto woli, choć mi do takiej ilości nie chce się wyciągać a potem myć maszynki), dodajemy jajko i obie mąki, i zagniatamy ciasto. Jeśli się mocno klei do rąk należy dosypać mąki pszennej. To ciasto niestety tak czy inaczej będzie się kleiło do rąk, więc wyrabiajcie je i podsypujcie mąkę z umiarem.


Z ciasta kształtujemy walec i kroimy go na 20 równych części. Jeśli się boicie o to, czy kawałki będą równe, to przekrójcie walec na pół, każdą połówkę jeszcze na pół, a potem na pięć już pójdzie łatwiej ;) Przed klejeniem knedli można już nastawić osoloną wodę do gotowania a na patelni  przygotować składniki na okrasę. Klejenie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, bo zawsze gdzieś śliwka chce wyleźć, ciasto się przerywa lub nie chce skleić tam, gdzie chcemy. Ale jest na to sposób: odkrojony plaster ciasta kładziemy jedną z ciętych ścianek w mące, a na drugą ściankę, gdzie ciasto jest klejące nakładamy śliwkę, po czym otulamy ją ciastem i łatwiej będzie nam je skleić miejscami nieobtoczonymi w mące. Na koniec kształtujemy w kulkę.


Knedle wrzucamy na wrzątek, po chwili możemy sprawdzić, czy nie przywarły do dna garnka i, jeśli tak się stało, delikatnie je odkleić. Knedle są ugotowane kiedy wypłyną na powierzchnię, choć na wszelki wypadek można odczekać jeszcze minutę. Więcej nie, żeby nie jeść papki o smaku knedli :) Na koniec polewamy bułeczką zasmażaną, posypujemy cukrem, a jeśli chcemy, żeby nam się już całkiem zrobiło niebo w gębie - dodajemy gęstą kwaśną śmietanę. Mmmmmm... Aż mi ślinka pociekła, bo, jak się zapewne domyślacie, te ze zdjęcia są już dawno zjedzone.






środa, 1 kwietnia 2015

Zapiekanka z łososiem

Znów proponuję zapiekaną rybkę, tym razem jest to łosoś w towarzystwie sera, pomidorów, cebuli i brokułów. Rybka tak przyrządzona jest soczysta i bardzo ciekawa w smaku. Zwłaszcza polecam ją tym, którzy do ryb nie mają zbyt wielkiego przekonania.

Składniki na 4 porcje:
400-500 g z łososia (filet),
2 pomidory,
2 cebule,
200 g brokułów,
200 g sera żółtego,
100 g sera pleśniowego niebieskiego,
75 g masła,
sól, cukier, czosnek suszony.


Oczywiście świeża ryba to podstawa, ja niestety do tej potrawy użyłam mrożonej, co jednak nie zepsuło smaku. Jeśli kupicie świeżą rybkę, to sugeruję usunąć skórę i ości. Rybę kroimy na plastry, a w przypadku mrożonej dzielimy każdą kostkę na dwie części. Cebulę i pomidora obieramy i kroimy w plastry (tyle samo, co kawałków ryby), na zdjęciu widać, ze nie obrałam pomidorów - sugeruję to jednak zrobić. ;) Oba sery również kroimy w plastry, zachowując tę samą ich ilość, co pozostałych składników. Układamy produkty w rządkach: pomidor - cebula - łosoś - ser pleśniowy - ser żółty. Przestrzenie wokół rządków wypełniamy cząstkami brokułów. Miękkie masło mieszamy z solą (jeśli nie soliliśmy wcześniej warzyw i ryby, to nawet z 1 łyżeczką), cukrem (do smaku, ale max. 1 łyżeczką) i czosnkiem suszonym. Tak przyprawione masło nakładamy na przygotowaną do pieczenia zapiekankę.


Pod przykryciem wstawiamy zapiekankę do piekarnika i pieczemy ok. 1 godziny w temperaturze 150 stopni. Mniam!

sobota, 31 stycznia 2015

śledź w pomidorach

W zasadzie nie powinien się tak nazywać, tylko w sosie pomidorowym, a tak na prawdę najwięcej w nim cebuli i marchwi. Biorąc jeszcze pod uwagę zawartość pomidorów w naszych koncentratach pomidorowych to już całkiem mijamy się z prawdą. Skoro koncentrat, to coś skoncentrowanego, to dlaczego jest w nim jedynie 30% pomidorów, a nie, jak choćby w szwedzkim, niemal 100%? Ale umówmy się, że nazwę wzięłam od koloru, bo tak łatwiej. :)

Składniki:
4 płaty śledzia a'la matias
4 ząbki czosnku,
3 cebule,
2 małe marchwie,
garść rodzynek,
cubrzyca zielona (lub bazylia, majeranek, oregano - zależnie od gustu),
4 łyżki oleju,
masło do smażenia,
koncentrat pomidorowy (150-200 g),
4 łyżki octu balsamicznego lub 2 łyżki kremu z takiego octu,
1 łyżka sosu sojowego,
2 łyżki cukru,
1 łyżka miodu,
sól do smaku.


Śledzia kroimy tylko na mniejsze kawałki, a najwięcej pracy musimy poświęcić zalewie. Cebulę obieramy i kroimy w łódeczki, można ją przed smażeniem posolić, posłodzić i odstawić na czas pozostałych czynności przed smażeniem. Marchew obieramy i trzemy na tarce o grubych oczkach, czosnek przeciskamy przez praskę, rodzynki przeglądamy i usuwamy ogonki, a następnie namaczamy we wrzątku. Na maśle smażymy cebulę i marchew, ale tylko tyle, żeby zmiękły, nie przysmażamy. Do tego dodajemy pozostałe składniki, mieszamy na patelni, studzimy i zalewamy pokrojonego śledzia. Jeśli zalewa wyjdzie nam zbyt gęsta, śmiało można rozcieńczyć ją wodą. Ale bez przesady. ;)Mieszamy i odstawiamy do przegryzienia. Najlepsze następnego dnia, później zresztą też! :D


niedziela, 25 stycznia 2015

ciasto dyniowo-marchewkowe

Smak w sam raz na zimę, duża ilość przypraw korzennych ma nas wspomóc w zapobieganiu przeziębieniom, dlatego tak często zimą spożywamy potrawy bogate w cynamon, goździki czy imbir. Nawet zimowe herbatki z tymi przyprawami, nie wspominając już o piwie czy winie grzanym, mają nas uchronić od infekcji. Ale do rzeczy, wszak o cieście być miało.

Składniki na ciasto do tortownicy o średnicy 25 cm:
1 duża szklanka tartej odsączonej marchwi (najlepiej użyć odpadu po zrobieniu soku w sokowirówce), jeśli ze świeżej marchwi, mokrej - to wystarczy 1 niepełna szklanka,
1 szklanka gotowanej, pokrojonej w kostkę dyni,
1 szklanka oleju,
250 g majonezu,
5 jajek,
3 szklanki mąki pszennej,
4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej,
1,5 szklanki cukru,
4 łyżki miodu,
3 łyżeczki cynamonu, po 1 płaskiej łyżeczce mielonych goździków i imbiru,
3-4 łyżeczki proszku do pieczenia,
orzechy laskowe, migdały,
cukier waniliowy,
skórka pomarańczowa.

Do przełożenia:
330 ml. śmietanki 30%,
1/4 kg cukru pudru,
1 cukier waniliowy,
2 serki mascarpone (łącznie 500 g),
1 słoik nutelli.

Marchewka, jak już wspomniałam, najlepiej jak będzie dokładnie odsączona, jeśli nie - trzeba jej użyć mniej, bo inaczej zrobi się zakalec. Najlepiej więc użyć odpadu z sokowirówki. To samo dotyczy dyni - nie może być zbyt mokra, więc jeśli planujemy zrobić takie ciasto, to należy zacząć od gotowania dyni. Można to zrobić nawet dzień wcześniej. Dynię obrać, pokroić w kostkę i wrzucić na lekko osolony wrzątek. Odcedzić 5 minut po ponownym zagotowaniu i pozostawić na sitku bez przykrycia, aby woda mogła odciekać lub odparowywać. Pamiętajmy, aby nie używać więcej dyni, niż jest w przepisie, bo bardzo łatwo wówczas o zakalca.


Z białek ubijamy pianę, dodajemy cukier i nadal miksujemy, aż cukier częściowo się rozpuści. Potem dodajemy marchew i dynię, przyprawy, majonez i mąkę z proszkiem. Na koniec powoli dodajemy olej, stale miksując, po czym wrzucamy resztę składników, czyli miód, żółtka i bakalie, i mieszamy już łyżką. Wylewamy ciasto do tortownicy i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni Celsjusza. Pieczemy około 40 minut, po tym czasie sprawdzamy patyczkiem i ewentualnie dopiekamy, jeśli po przepisowym czasie nie będzie gotowe. Sprawdzanie patyczkiem, dla mniej wtajemniczonych, polega na wbiciu w środek ciasta patyczka (np. długiej wykałaczki) aż do samego dołu, wyciągnięcie i sprawdzenie czy patyczek nie jest mokry, czy nie oblepił się ciastem. Podczas sprawdzania patyczkiem ciasta nie wyjmujemy z piekarnika ani nie zmniejszamy temperatury, bo jeśli ciasto okaże się niedopieczone łatwo może nam "klapnąć".


Jak już uda nam się ładnie upiec możemy, podczas stygnięcia ciasta, przygotować krem. To już całkiem banalne: śmietanę 30% ubijamy na sztywno, dodajemy cukier, cukier waniliowy, dalej miksujemy i na koniec dodajemy serek mascarpone. Tym pokryjemy wierzch ciasta, ale pamiętajcie, że najpierw po wystudzeniu ciasto należy przekroić i przełożyć nutellą. Gotowe! Pyszne i zapewne baaardzo tuczące :D

sobota, 17 stycznia 2015

marchew z groszkiem "na jarzynkę"

To jeden ze smaków dzieciństwa, który do tej pory uwielbiam, choć zbyt rzadko robię. W chudszych latach był to po prostu cały obiad, ewentualnie dodatek do ziemniaków, w latach sutszych towarzyszył im jeszcze kotlet schabowy lub mielony. Zawsze wszystkie warzywa gotowane i z zasmażką były nazywane u nas warzywami "na jarzynkę", niezależnie czy była to kapusta, buraki czy właśnie marchewka z groszkiem. Ciekawe czy u Was też jada się lub jadało coś "na jarzynkę", a w szczególności marchewkę z groszkiem, a jeśli tak, to czy w takiej jak u mnie postaci?

Składniki na około 4 porcje:
3-4 średnie marchwie,
1 puszka zielonego groszku (400 g),
1/4 kostki masła (50 g),
2-3 czubate łyżki mąki,
sól i cukier do smaku.


Marchew obrać i pokroić w kostkę, następnie ugotować do miękkości w osolonej wodzie. Na patelni rozpuścić masło, dodać do niego mąkę, rozmieszać i zrumienić, czyli zrobić klasyczną zasmażkę, którą następnie zalać częścią wody od gotowania marchwi i rozmieszać, aby nie powstały grudki. W razie czego dolać wody, gdyby zasmażka była zbyt gęsta i "kluchowata".


Gotową zasmażkę dodać do marchwi, dołożyć groszek, wymieszać, zagotować i ewentualnie doprawić jeszcze solą i cukrem. Podawać na ciepło jako dodatek do głównego dania. Mniam!

ćwikła z chrzanem

Ćwikła to jeden z najpyszniejszych dodatków do wędlin, pieczeni i pasztetów w moim rodzinnym domu. Pojawia się do tej pory na naszym świątecznym stole. U nas nazywało się ją po prostu ćwikłą i było oczywiste, że zawiera chrzan, bo bez niego to po prostu tarte buraki, ale niech w tym opisie będzie ćwikłą z chrzanem:)

Składniki na  objętość 1 litrowego słoika:
6 średnich buraków,
1 łyżeczka soli,
2 łyżeczki cukru,
2-3 łyżki tartego chrzanu.

Chrzanu można oczywiście dodać więcej lub mniej, zależnie od upodobań. Mi ostatnio smakuje ostrzejsza, czyli na tę ilość buraków używam całego słoiczka chrzanu. Dodawajcie go jednak stopniowo, próbując czy nie przesadziliście z ostrością.


Buraki obrać i ugotować do miękkości w osolonej wodzie - powinno to zająć  około 30 minut. Odcedzić buraki i pozostawić do ostudzenia. Wywaru można użyć do zrobienia barszczu. Po wystudzeniu buraki zetrzeć na tarce o małych oczkach, dodać sól, cukier, chrzan i zamieszać. Gotowe! Banalnie proste. Podawać na zimno jako dodatek do wędlin i pieczonych mięs, choć wiem, że i do serów równie dobrze się sprawdza.


niedziela, 11 stycznia 2015

kalafior w cieście

Rozwieję może od razu wątpliwości czy to kwiat czy warzywo - jedno i drugie. Kalafior jest kwiatem warzywa tzw. kapustnego. Jadamy zgrubiałe łodygi z nierozwiniętymi pączkami kwiatowymi. Uzbrojeni w tę wiedzę zacznijmy przygotowania od umycia kalafiora, wycięcia z niego ewentualnych niedoskonałości i podzielenia na cząstki długości ok. 5 cm. Podzielony kalafior wrzucamy na osolony wrzątek na ok. 5 min. - czyli po wrzuceniu jak woda znów zacznie się gotować  - wyciągamy i osuszamy (w durszlaku lub można go położyć na ściereczce czy ręcznikach papierowych). Kalafior schnie a my zabieramy się za przygotowanie sosu i ciasta. Poniżej propozycja sosu serowego, ale już kombinuję jakim innym, nieco lżejszym, można by go było zastąpić. Ananasowym, pomarańczowym, awokado? Macie jakieś pomysły?


SOS: łyżkę masła roztopić w rondelku, dołożyć serek topiony i śmietanę lub jogurt naturalny (objętościowo więcej niż serka) i rozmieszać tak, aby uzyskać jednolitą masę - najłatwiej pójdzie trzepaczką. Do masy dodać 1 łyżeczkę pieprzu cytrynowego, 1 łyżeczkę kurkumy, 1-2 łyżki musztardy, sól do smaku. Zamieszać i odstawić do ostudzenia. Podawać na zimno jako dodatek do kalafiora w cieście.


CIASTO: rozbić jajko (trzepaczką, widelcem itp.), dodać 200 ml mleka, 1/2 szkl. mąki, można dodać też łyżkę czy dwie bułki tartej, a na koniec przyprawy, które są najważniejszym składnikiem potrawy: 1 łyżeczka curry, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, 1-2 łyżeczki suszonego czosnku (może być świeży, przeciśnięty przez praskę), 2 łyżki majeranku, ew. sól. Przyprawiajcie oczywiście tak, jak Wam będzie pasowało - tu zdajcie się po prostu na intuicję i ulubione smaki.


Cząstki kalafiora zanurzamy w cieście i wrzucamy na rozgrzany głęboki olej (lub smalec/fryturę), smażymy aż ciasto się zarumieni. Jeśli wykorzystacie całego kalafiora i nadal zostanie ciasto można wysmażyć w ten sposób inne warzywa, jak por, cebula, brokuły czy marchew.


poniedziałek, 22 grudnia 2014

kutia

Kutia przyszła do nas zza wschodniej granicy, choć jadano ją również na polskich kresach wschodnich. Na moim rodzinnym stole zagościła dość niedawno - wcześniej bardzo podobnie przyrządzony mak był farszem w makowcu. Zauważyłam, że przyrządza się ją bardzo różnie, jedni dają więcej maku, inni pszenicy, jeszcze inni skupiają się na orzechach. Tradycyjnie już podam przepis z taką proporcją składników, która mi najbardziej odpowiada.


Składniki na 10-15 porcji: 0,5 szkl. ziarna pszenicy, 0,5 kg maku, 2 filiżanki cukru, 1 szkl. orzechów włoskich, 1 szkl. orzechów laskowych, 1 szkl. migdałów, 3 czubate łyżki skórki pomarańczowej, 0,5 kg miodu, 1/2 szkl. rodzynek.

 
Pszenicę i mak moczyć przez 12 godzin, ale osobno, bo gotuje się je w różnym czasie a mak potem mieli. Tak więc po 12 godzinach namaczania pszenicę gotować 40 minut, mak 1 godz. i 20 minut. Po gotowaniu oba składniki odcedzić, w przypadku maku najbezpieczniej użyć pieluchy lub gęstej gazy. Filiżankę wody od gotowania maku zostawić. Mak należy zmielić trzykrotnie na koniec dodając część orzechów i migdałów po czym "popchnąć" makiem. Jeśli nie chcecie, żeby kutia była gorzkawa należy obrać wszystkie orzechy - najłatwiej skóra schodzi po zalaniu orzechów wrzątkiem i ostudzeniu w tej wodzie. Przyznam się, że bawiłam się w obieranie jedynie migdałów i laskowych, bo kto ma czas na takie zabawy przed świętami?


Mak zmielony, to teraz pora na karmel: do rondla wsypać cukier, zalać go wodą od gotowania maku i gotować/smażyć - w sumie nie wiem jak to nazwać w przypadku karmelu. Karmel będzie się mocno gotował, więc czasem go zdejmijcie z ognia i przemieszajcie (wystarczy poruszać rondlem, bez łyżki) i sprawdźcie czy nie jest już brązowy i gęsty (oleisty) - wówczas wrzućcie do niego kilka łyżek zmielonego maku, zamieszajcie i odstawcie do wystudzenia.


Jak już karmel z makiem wystygnie dorzucamy go do reszty maku i mieszamy z pozostałymi składnikami, z których rodzynki powinny być namoczone (zalane wrzątkiem i po 5 min. odcedzone), orzechy i migdały obrane i poszatkowane a miód płynny - tylko nie podgrzewajcie za mocno miodu, bo pozbawicie go wszystkich najlepszych właściwości:)

Kutię można podawać w salaterkach, pucharkach lub w misce jak sałatkę. Wiem jedno - dużo się tego nie da zjeść, bo to przesłodzona bomba kaloryczna :D

piątek, 19 grudnia 2014

ryba po grecku

Ryba po grecku gości na polskich stołach wigilijnych od wielu lat i pewnie nikogo już nie zaskoczę tym, że to danie wcale nie pochodzi z Grecji. Sposobów przyrządzania jest oczywiście całe mnóstwo, poczynając już od wyboru ryby, której do tej potrawy użyjemy. Znam rybę po grecku ze śledziami, karpiem, dorszem czy pstrągiem, zapewne i inne ryby śmiało można by tak przyrządzić. U mnie od lat rybą po grecku jest dorsz, więc i taki przepis Wam zaprezentuję.

Składniki na około 4 porcje: 3 średniej wielkości płaty dorsza, 3 duże marchwie, 3 duże cebule, 1/3 selera, koncentrat pomidorowy, sól, pieprz, mąka jako panierka do ryby i olej lub masło do smażenia. Uparcie używam do smażenia masła z ewentualnym dodatkiem oleju, bo nadaje ono potrawom bardziej szlachetnego smaku.


Rybę można namoczyć w mleku, nie tylko żeby skruszała, ale mleko w pewnym stopniu niweluje też nieprzyjemny zapach. Z filetów należy usunąć skórę i ości - dla wygodniejszego jedzenia. Jeśli macie kłopot z usunięciem skóry, to dobra rada: filet musi leżeć na desce skórą do dołu, opuszkami palców przytrzymujemy skórę od strony głowy i nożem w drugiej ręce nacinamy fileta pomiędzy mięsem a skórą, wówczas mamy już odsłonięty większy kawałek skóry, którą palcami dociskamy do deski a nożem przejeżdżamy wzdłuż ryby dociskając ostrze w dół, w kierunku ogona. To nic trudnego, a nóż nie musi być ostry. Następnie płaty należy pokroić na mniejsze kawałki, posypać solą i pieprzem, obtoczyć w mące i wrzucić na rozgrzany tłuszcz, po czym smażyć do zrumienienia.


Cebulę obrać, pokroić, oprószyć solą i płaską łyżeczką cukru, przemieszać i odstawić. Marchew i selera (można też dodać korzeń pietruszki) obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. W tym czasie cebulka już lekko zmięknie, można ją zacząć smażyć na maśle, ale tylko zeszklić, nie rumienić. Jak już cebulka jest gotowa dorzucamy do niej starte warzywa, solimy i pieprzymy do smaku i dusimy pod przykryciem około 15 minut. Po tym czasie dodajemy koncentrat pomidorowy i ew. trochę podlewamy wodą, mieszamy i chwilkę jeszcze całość dusimy.


W naczyniu, w którym podamy rybkę układamy na spód połowę sosu warzywnego, najlepiej jeszcze ciepłego, na to rozkładamy równomiernie smażoną rybę i przykrywamy ją drugą warstwą warzyw. Ryba po grecku powinna się oczywiście "przegryźć", więc przygotowujemy ją najlepiej na dzień przed podaniem. Po wystudzeniu wkładamy ją do lodówki. Podajemy na zimno :) Istnieją też przepisy na pieczoną rybę po grecku, ale przyznam, że nigdy jej nie robiłam, może więc w przyszłym roku przyjdzie na nią pora.