Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2018

pierniczki


Zapach piernika zawsze przywodzi mi na myśl Wigilię i nieodłącznie kojarzy się z zapachem choinki w domu. To pierwszy znak zbliżającego się okresu świątecznego, ponieważ przygotowania potraw zawsze zaczynano od pierników - już w listopadzie czy na początku grudnia, zanim jeszcze rozpocznie się na dobre szaleństwo zakupowo-kulinarne. A to dlatego, że prawdziwy piernik powinien skruszeć, a zatem swoje odleżeć w spiżarni, schowany przed wzrokiem wygłodniałych domowników.

Dziś przedstawię przepis na pierniczki, które mogą stanowić równie dobrze słodką przekąskę, co ozdobę świątecznego stołu czy choinki. Moje już są niemal gotowe i w końcu znalazłam czas, by je opisać.

Składniki na ok. 200 pierniczków (to wcale nie tak dużo!):
1,5 szkl. cukru,
1 kg mąki,
2/3 szkl. miodu,
200 g masła,
20 g przyprawy do piernika,
2 łyżeczki sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia,
2 jajka,
skórka pomarańczowa.

Z połowy cukru należy zrobić karmel - dla niewtajemniczonych: wsypać cukier do suchego rondla, postawić na palnik (mały ogień) i czekać aż cukier się wysmaży - mieszać, ale nie łyżką - jedynie poruszając całym rondlem. Jeśli się pali czyt. dymi - zmniejszyć ogień. Kolor właściwy to mniej więcej kolor miodu gryczanego, przejrzysty, brązowawy. Kiedy już cały cukier się skarmelizuje - zalewamy go niewielką ilością wody, powiedzmy pół szklanki. Uwaga! będzie bardzo buzować! Karmel osiąga bardzo wysokie temperatury, dlatego należy się z nim obchodzić ostrożnie. Proponuję nie wkładać do karmelu żadnej łyżki, ani przed, ani po dolaniu wody - karmel tylko by się do niej przykleił. Proponuję delikatnie mieszać całym rondlem, cały czas podgrzewając, aż woda z karmelem się połączy. Może być to żmudne zajęcie. Czytanie książki w tym czasie byłoby wysoce nieodpowiedzialne z uwagi na temperaturę - trzeba się po prostu przemęczyć.


Kiedy już w końcu karmel z wodą będzie wymieszany dodajemy do niego resztę cukru, masło i miód, i gotujemy. W tym czasie można w misce (odpornej na wysokie temperatury!) wymieszać około 1/3 mąki z przyprawą do piernika. Tak przygotowaną mąkę z przyprawami zaparzyć rozmieszaną i zagotowaną zawartością rondelka - stale mieszając, dodając po trochu, żeby nie było grudek. Dokładnie wymieszaną masę odstawiamy do wystudzenia, możemy w tym czasie zająć się np. siekaniem w drobniutką kosteczkę skórki pomarańczowej (robię do słoików drobniutką, a mimo to tę do pierników jeszcze siekam).

Po przestudzeniu masy dodajemy do niej stopniowo resztę mąki z proszkiem, jajka i skórkę pomarańczową cały czas wyrabiając. Najlepsze będą końcówki do wyrabiania ciężkich ciast - haki, spiralki, mieszadła, w każdym razie raczej nie te do ubijania piany. Jeśli chcecie wyrabiać ciasto ręcznie, to trzeba bardzo uważać, by nie powstały grudki z mąki, czyli dosypywać ją po troszeczku. Dobrze wyrobione ciasto odstawić na chwilkę (ja zazwyczaj robię wiele rzeczy na raz, więc wracam do ciasta po ok 30 min, kiedy już lekko obeschnie). Należy teraz sprawdzić czy będzie się dobrze wałkować na posypanym mąką stole (na wierzch też sypiemy mąkę, żeby ciasto nie przywierało do wałka). Jeśli się klei, ciągnie, nie daje się wykrawać - podsypuję więcej mąki i wyrabiam ręcznie już na stole. Konsystencja ciasta zależy od wielu rzeczy (bo np. za dużo wody chlapnęło się na oko lub szklanka do odmierzania miodu była większa od tej starej, tradycyjnej szklanki, którą dostanie się już tylko na straganie ze starociami).


Pięknie wykrojone pierniczki układam na blaszce pokrytej papierem do pieczenia i piekę 9 minut w temperaturze 180ºC (piekarnik wcześniej rozgrzany, termoobieg). Po wyjęciu pierniczki powinny przestygnąć na płaskim podłożu - zdejmuję je razem z papierem na stół, by móc na blaszce przygotowywać kolejną partię. Piekę na zmianę na dwóch blaszkach i robi mi się taka produkcja taśmowa. Pierniczki po wystudzeniu robią się twarde i nadają się do dekorowania, ale to już zupełnie inna historia :) Na opisanie lukru pewnie dziś nie starczy mi czasu, bo muszę skończyć dekorowanie. Proponuję nie odkładać robienia pierniczków na ostatnią chwilę - najlepsze są kiedy już skruszeją, czyli trzeba je upiec przynajmniej na tydzień przed konsumpcją :D


sobota, 17 lutego 2018

sernik gotowany, przekładany czyli miodownik


Dziś podzielę się z Wami przepisem na niesamowity, jedyny w swoim rodzaju sernik. W niektórych kręgach jest on znany jako miodownik, a to dzięki zaledwie dwóm łyżkom miodu! Pierwotny przepis nieco zmodyfikowałam, bo po zjedzeniu połowy kawałka już mnie zatykało od nadmiaru cukru. Sernik może się wydawać bardzo pracochłonny, ale przyznam szczerze - ja już na to nie zwracam uwagi, bo znam efekt końcowy i wiem, że wart jest poświęcenia. Prace zaczynamy od podkładów, choć złośliwy pewnie by się upierał, że od zakupów :D

Podkłady:
1/2 kg mąki (3 szkl.) - może być pszenna lub np. mieszanka pszennej z dodatkiem gryczanej,
10 dkg margaryny lub masła
1 szkl. cukru
1 płaska łyżeczka sody (lub proszku do pieczenia z braku sody),
2 łyżki miodu (ja lubię gryczany, z domieszką mąki gryczanej wychodzi idealnie)
2 całe jajka.


Masło należy  rozetrzeć w mące z cukrem, dodać pozostałe składniki (miód rozpuszczony), na końcu jajka. Zagnieść ciasto i podzielić na 3 części, wałkować i każdy plaster piec osobno (w wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 26 cm) w piekarniku rozgrzanym do 150°C, po 12 min.

Masa serowa:
1,4 kg mielonego białego sera
40 dkg cukru (ostatnio dałam 20 i było lepiej, zależy czy lubi się bardzo słodko),
20 dkg masła lub margaryny,
15 g cukru wanilinowego,
1/2 szkl. mleka,
100 g (2 bardzo czubate łyżki) mąki ziemniaczanej (można też dać budyń waniliowy, pomniejszając ilość cukru),
4 żółtka,
rodzynki, skórka pomarańczowa.


Ser wrzucić do garnka z masłem, cukrem, rodzynkami i skórką pomarańczową. Mieszając zagotować (porządnie podgrzać). Mączkę ziemniaczaną lub budyń w proszku rozpuścić w mleku i wlać do gotującego sera, mieszając aż zgęstnieje. Uwaga! Jeśli wcześniej przygotujecie mleko z mączką, należy je dokładnie wymieszać tuż przed wlaniem do sera - mączka zadziwiająco szybko osiada na dnie. Na koniec dodać żółtka, pomieszać jeszcze troszkę i wyłączyć.


Do blaszki z ostatnim upieczonym spodem ciasta wlać 1/3 masy serowej (po lekkim przestudzeniu), na to drugi plaster ciasta, masa serowa, trzeci plaster ciasta, masa i po wystygnięciu włożyć do lodówki. Na wierzch można dać po przestudzeniu warstewkę kajmaku. Podawać nie wcześniej, niż 4 godziny od włożenia do lodówki, ja go robię poprzedniego dnia wieczorem. Nikt jeszcze nie sprawdził jaki jest dwa dni po zrobieniu...

poniedziałek, 2 stycznia 2017

szarlotka

Przedstawię Wam mój ulubiony przepis na szarlotkę, którą, w odróżnieniu od jabłecznika, robi się na kruchym spodzie. Długo nie mogłam nauczyć się tej różnicy - jak się okazuje jabłecznik można zrobić na cieście biszkoptowym czy drożdżowym, kiedy jednak zrobimy go na kruchym cieście to taki jabłecznik okazuje się być szarlotką. Ale do rzeczy. Jabłka - jak kto woli, ja akurat używam jabłek nieokreślonej odmiany, bo z własnej jabłonki. Są twarde i aromatyczne. Gdybym miała kupować z pewnością w pierwszej kolejności sięgnęłabym po rubiny lub cortlandy, choć według znawców te odmiany polecane są na surowo.

Składniki na blaszkę prostokątną 25 x 35 cm:

Kruche ciasto:
1/2 kg mąki,
1 szkl. cukru,
18 dkg masła,
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia,
3 łyżki gęstej śmietany,
3 żółtka,
cukier waniliowy,
1 mały kieliszek wódki.

Jabłka:
1 i 1/2 kg jabłek,
3 łyżki cynamonu,
2/3 szkl. cukru,
cukier waniliowy,
1/2 szkl. bułki tartej (przy soczystych jabłkach można dać trochę więcej).


Ciasto w zasadzie po prostu zagniatamy, jeśli masło jest twarde to można je poprzecinać nożem, ale generalnie niewiele z tym roboty. Wyrobione ciasto dzielimy na dwie części, wsadzamy w woreczkach do lodówki. Jabłka obieramy i kroimy na mniejsze cząstki, po czym mieszamy z cukrem, cynamonem i bułką tartą.


Blaszkę wykładamy papierem i formujemy spód z jednej części ciasta. Kiedyś ciasto wałkowałam, pomiędzy dwiema foliami bo inaczej nie sposób było ciasta odkleić od stolnicy i wałka. Efekt był taki, że ciasto nie odchodziło od folii, więc dałam sobie spokój: palcami układam kawałki na blaszce i je formuję. Kiedy ciasto klei się do dłoni - moczę ją i po kłopocie. Na wyklejony spód rozkładamy równomiernie jabłka wymieszane z pozostałymi składnikami, po czym przykrywamy je drugą warstwą ciasta. Po kawałeczku i bez stresu - może być nierówno! :D Wierzch ciasta możemy pomalować roztrzepanym białkiem (jedno w zupełności wystarczy). Wsadzamy do rozgrzanego do 125°C piekarnika i pieczemy półtorej godziny. Jeśli nie macie tyle czasu możecie zwiększyć temperaturę i skrócić czas, ale jabłka w środku mogą się nie zrobić. Upieczoną szarlotkę polewamy lukrem lub posypujemy cukrem pudrem. Mniam! :D

Ciasto szpinakowe leśny mech

Pewnie wielu z Was już widziało hit sprzed ponad roku - zielone ciasto. Wygląda bajecznie, a okazuje się również, że nie dość, że smakuje równie wspaniale, to jeszcze jest bardzo łatwe w przygotowaniu.

Ciasto:
450 g mrożonego rozdrobnionego szpinaku,
1 i 1/3 szkl. cukru,
3 jajka,
1 i 1/3 szkl. oleju,
2 szklanki mąki (zwykłej tortowej lub krupczatki),
3 łyżeczki proszku do pieczenia,
skórka pomarańczowa.
Masa:
300 ml śmietanki 30%
serek mascarpone,
2 łyżki cukru pudru,
cukier waniliowy,

owoce granatu do przyozdobienia.


Szpinak należy rozmrozić i dokładnie odsączyć - najlepiej odmrażać na sitku, a po odcieknięciu wody jeszcze położyć sitko na jakiś czas na ręcznikach papierowych. Białka ubić na sztywno, dodać cukier i dalej miksować dodać mąkę, olej z proszkiem, na koniec szpinak i żółtka oraz odsączoną skórkę pomarańczową - wymieszać wszystko ręcznie łyżką lub mikserem na bardzo wolnych obrotach. Ciasto wylać na wysmarowaną masłem i obsypaną bułką lub mąką tortownicę o średnicy ok. 25 cm. Wkładać do rozgrzanego do 180°C piekarnika i piec około 1 godzinę, pod koniec sprawdzając patyczkiem bądź wykałaczką - kiedy po nakłuciu ciasta wykałaczka wychodzi sucha, tzn. bez przylepionego ciasta - można skończyć pieczenie.


Śmietanę ubijamy na sztywno i dodajemy do niej schłodzony serek mascarpone wymieszany z cukrem pudrem. Szpinakowy biszkopt po przestudzeniu przekrajamy wzdłuż na dwie części, dół pokrywamy równomiernie masą, na wierch kruszymy drugą część ciasta i dodajemy owoce granatu. No i gotowe - smacznego!
 
Przepis podpatrzyłam na przyjemnosczpieczenia.blogspot.com - dziękuję :)

drożdżówki z serem

Drożdżówki na dobre zagościły w moim jadłospisie jakoś w podstawówce - najprostsze i najpyszniejsze drugie śniadanie, choć wówczas - kupowane w szkolnym sklepiku. Nie znam zbyt wielu osób, które by jasno deklarowały niechęć do tego przysmaku. Najlepiej jednak, jeśli mamy wpływ na to, co w takiej drożdżówce jest - jeden nie lubi skórki pomarańczowej, inny rodzynek, jeszcze inny woli serek zamiast budyniu itp. Dziś proponuję Wam zrobienie domowych drożdżówek z serem, choć nadzienie będzie raczej połączeniem sera z budyniem :)

Składniki na ok. 15-20 drożdżówek:

Ciasto:
1/2 kg mąki,
30 g drożdży,
1 szkl. mleka,
100 g masła,
szczypta soli,
1/3 szkl. cukru,
1 jajko (lub 2 malutkie),

Nadzienie:
1/3-1/2 kg sera mielonego do sernika (ale może być też danio czy inny serek smakowy, np. waniliowy),
opakowanie budyniu waniliowego (takiego na 1/2 litra mleka),
1/3 szklanki mleka,
skórka pomarańczowa,
garść rodzynek,
opcjonalnie, przy serku naturalnym: cukier waniliowy, żółtko, 2 łyżki masła.

Lukier: 1 szklanka cukru pudru, 2 krople zapachu (użyjcie swojego ulubionego), mleko, śmietanka do kawy lub mleko skondensowane w ilości bardzo ostrożnej - zawsze leję na oko, mieszam i sprawdzam konsystencję - ale raczej będzie to kilka łyżek niż kieliszek.


Do misy wsypujemy mąkę (można ją podgrzać, żeby drożdże szybciej wyrosły), w środku mąki drążymy dołek w który wstawiamy kubek z wymieszanym zaczynem: 1/3 szkl. letniego mleka, drożdże, 2 łyżki cukru i 2-3 łyżki mąki. Drożdże powinny zacząć pracować od razu. Kiedy już zaczyn wyleje się do mąki (zwiększy objętość ponad dwukrotnie) można zacząć mieszać ciasto: cały zaczyn wylać do mąki, dodać resztę mleka i cukru, szczyptę soli, jajko i wyrabiać, na końcu dodając roztopione masło. Można zmiksować najpierw jajko z cukrem, ale sprawdziłam - nie ma potrzeby, bez tego zabiegu drożdżówki wyjdą tak samo smaczne.


Ciasto należy odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinkę. Wówczas można przygotować ser: do garnka włożyć ser lub serki. Jeśli korzystamy z naturalnego serka można go trochę posłodzić, dodać cukier waniliowy i np. 1 żółtko, łyżkę masła. Jeśli korzystamy z serków smakowych, waniliowych, to dodajemy jedynie skórkę pomarańczową i rodzynki. Wstawiamy na palnik. Kiedy serek będzie zagrzany (robi się dużo rzadszy, zaczyna uwalniać pęcherze powietrza) wlewamy do niego rozpuszczony w mleku, dokładnie wymieszany budyń. Pamiętajcie, aby tuż przed wlaniem jeszcze raz rozmieszać, gdyż po połączeniu z mlekiem mąka ziemniaczana zawarta w budyniu lubi osiadać. Jeśli o tym zapomnimy - przygotujmy się na grudki w serze :) Masę jeszcze jakiś czas mieszamy, aż zgęstnieje - wówczas możemy zdjąć ją z palnika i ostudzić. Jeśli używamy serka typu danio (rzadkiego) proponuję jeszcze dodać do budyniu czubatą łyżkę mączki ziemniaczanej.



Blaszki wykładamy papierem do pieczenia. U mnie zazwyczaj są to 3 blaszki, płaskie, zwykłe, największe. Kiedy ciasto wyrośnie wykładamy je na posypaną mąką stolnicę i wałkujemy, lub dłońmi formujemy duży, dość cienki prostokąt (na grubość ok. 1-2 cm). Ciasto pokrywamy masą i rolujemy - to może okazać się trudne dla mniej wprawnych - proponowałabym wówczas wałkować ciasto na posypanej mąką ściereczce - wówczas podczas rolowania należy unieść bok ściereczki i ciasto "samo" się zroluje. Roladę kroimy w plastry i układamy na blaszkach pozostawiając przestrzeń wokół, na wyrośnięcie - ja używam do tego tasaka, na którym przenoszę plastry na blachę - nie róbcie tego rękami - nie uda się ;-) to byłby wyczyn godny kucharek o mocnych nerwach i cierpliwości do sprzątania surowego ciasta z podłogi. ;-) Po nałożeniu drożdżówek na blachę można je wysmarować roztrzepanym jajkiem (bądź białkiem, jeśli używaliśmy do masy żółtka) po czym włączyć piekarnik na termoobieg, 180-200°C, po nagrzaniu piec ok. 15 minut - jak znacie swój piekarnik, to sami oceńcie czy wszystkie piec razem, piętrowo, czy też każdą blaszkę osobno. Mi niestety przy pierwszej opcji piekarnik nie dopieka wszystkiego równo, dlatego wolę piec osobno. Jeszcze ciepłe drożdżówki można polać lukrem... a potem to już chyba tylko można liczyć na silną wolę, która uchroniłaby drożdżówki przed zjedzeniem wszystkich jedna po drugiej :D

czwartek, 25 sierpnia 2016

gruszki w syropie

Wiem, wiem... Trochę już późno na robienie gruszek, ale moja grusza akurat teraz postanowiła obrodzić, stąd opóźnienie w zaprawach. Jestem jednak przekonana, że możecie jeszcze dostać gruszki odpowiednie do wrzucenia w słoiki. Najlepsze będą te lekko niedojrzałe, dla wielu za twarde do jedzenia na surowo. Przyznam jednak, że do słoików wrzucam również dojrzałe, choć te wymagają szczególnego wyczucia, żeby nie były za miękkie.

Zalewa:
1 szklanka wody,
1 płaska łyżeczka kwasku cytrynowego (mniej w przypadku gruszek kwaśnych),
1/4 szklanki cukru,
1 łyżeczka cukru waniliowego.

Całość zaczynam od mycia i wyparzenia słoików, później przygotowuję zalewę i w czasie, kiedy ta będzie się gotowała, obieram gruszki. Zalewy oczywiście trzeba zrobić ilość proporcjonalną do gruszek. Zupełnie na oko to tak, aby zalewa w garnku przykryła gruszki. Mniej więcej wygląda to tak, że używam zalewy z 10 szklanek wody na 1 wiadro gruszek.


U mnie tak wygląda proces: kiedy zalewa się zagotuje wrzucam do niej te gruszki, które mam już obrane, przykrywam i na dużym ogniu zagotowuję. Jeśli gruszki są twarde można je pogotować 3-5 minut, jeśli miękkie - wyłączyć tuż po zagotowaniu (można je sprawdzić, jak ziemniaki). Gruszki wraz z zalewą wkładam na gorąco do słoików i zakręcam - wówczas nawet nie ma potrzeby pasteryzowania. Pozostałą zalewę traktuję w identyczny sposób - obieram kolejne gruszki, wrzucam, zagotowuję, wkładam do słoików i tak do skończenia owoców. Wolę tak na raty, zwłaszcza, że garnek ma ograniczoną pojemność.


A jak podawać takie gruszki? Najpyszniejsze są z koglem moglem ubijanym na parze z dodatkiem cukru waniliowego. Można taki kogel mogel połączyć (na zimno!) z ubitą śmietanką 36%. Mniam! Zwłaszcza w długie, zimowe wieczory...

poniedziałek, 25 lipca 2016

czekoladowy zawrót głowy, czyli ciasto-torcik czekoladowy z jagodami

Od dłuższego czasu łaziło za mną to połączenie smaków ale w końcu udało mi się wypróbować tę nieziemską mieszankę: czekolada i jagody (tu niestety borówka amerykańska). Cóż za wykwintne zestawienie! Czekoladę uwielbia chyba każdy, natomiast w połączeniu z jagodą, jeżyną, czarną porzeczką lub choćby borówką amerykańską stanowi ona rarytas nieziemski.

Ciasto miało być eksperymentem, spisanym z góry na straty, ale okazało się strzałem w dziesiątkę! Nie przypuszczałam, że zdoła wyrosnąć :D W każdym razie efekty przerosły zdecydowanie oczekiwania. Ciasto wygląda obłędnie za to w przygotowaniu jest bardzo proste: składniki po prostu miesza się ze sobą i wylewa na blaszkę.

CIASTO (blaszka okrągła o średnicy 25 cm)
1 szkl. cukru,
1,5 szkl. mąki pszennej,
3 łyżki mąki ziemniaczanej,
4 jajka,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
2 tabliczki czekolady,
3 czubate łyżki gorzkiego kakao,
1 szkl. oleju,
2/3 szkl. gorącej wody.


Czekoladę, połamaną w kosteczki, należy rozpuścić w tzw. kąpieli wodnej: czekoladę wkładamy do szklanki, szklankę do miski i do tejże miski wlewamy gorącą lub wrzącą wodę - czekolada powinna się bardzo szybko rozpuścić. wszystkie składniki mieszamy, choć najlepiej jajka dorzucić na końcu, żeby przypadkiem się nie ścięły pod wpływem gorącej wody. Wymieszane ciasto wylewamy na wysmarowaną tłuszczem i obsypaną mąką blaszkę. Pieczemy w temperaturze ok. 180°C przez 45 min.


KREM
3/4 tabliczki gorzkiej czekolady (resztę zostawić na posypanie ciasta),
śmietana 30% (duży kubeczek, ok. 300-350 ml)
3 łyżki kakao,
4 łyżki cukru pudru,
2 serki mascarpone,
do dekoracji: reszta czekolady i jagody.

Śmietanę podgrzewamy w rondelku i rozpuszczamy w niej czekoladę po czym dodajemy cukier i kakao. Studzimy. Do chłodnego dodajemy serki mascarpone i dokładnie mieszamy. Najlepiej taki krem schłodzić, żeby nie spływał w trakcie smarowania ciasta.


Ciasto po upieczeniu i przestudzeniu należy przekroić na pół, posmarować niecałą połową kremu, przykryć drugim kawałkiem ciasta i posmarować razem z bokami. Na wierzch zetrzeć pozostałą czekoladę i przyozdobić jagodami. Będę szczera: rzadko jadam słodycze, ale tego wciągnęłam na raz 3 kawałki :D






sobota, 12 września 2015

knedle ze śliwkami

A jakże, bo niby z czym innym mogłyby być? Wiem, wiem, oczywiście posypać się może mnóstwo odpowiedzi, nie mam zamiaru dyskutować o wyższości takich czy innych knedli. Ja po prostu uwielbiam te z węgierkami i tylko takie robię. Niewtajemniczonym podpowiem, że nie każda śliwka wyglądająca jak ta ze zdjęcia węgierką jest. Zazwyczaj jest to śliwka mniejsza od innych granatowych, niepozorna, za to aromatem,według mnie, przewyższająca wszystkie pozostałe.

Ale do rzeczy - na porcję 20 knedli będą nam potrzebne następujące składniki:
10 śliwek,
1/2 kg ziemniaków,
1 jajko,
3 czubate łyżki mączki ziemniaczanej,
1 szkl. mąki pszennej.
Okrasa: 2 łyżki masła, 2 łyżki bułki tartej.
Dla smakoszy: gęsta kwaśna śmietana.

Całą zabawę zaczynamy od śliwek, czyli po umyciu i osuszeniu każdą przekrajamy na dwie części i wyjmujemy pestkę. Śliwki do knedli wcale nie muszą być bardzo dojrzałe, bo po gotowaniu może się okazać, że wewnątrz będzie śliwkowa papka, ale to już rzecz gustu. Ja wolę twardsze i lekko kwaskowate.


Ziemniaki gotujemy w najzwyklejszy sposób - w osolonej wodzie. Można oczywiście użyć ziemniaków pozostałych z poprzedniego obiadu, jeśli nie napatoczyły się gdzieś po drodze sałatce jarzynowej. Ostudzone ziemniaki ugniatamy (lub mielimy, jak kto woli, choć mi do takiej ilości nie chce się wyciągać a potem myć maszynki), dodajemy jajko i obie mąki, i zagniatamy ciasto. Jeśli się mocno klei do rąk należy dosypać mąki pszennej. To ciasto niestety tak czy inaczej będzie się kleiło do rąk, więc wyrabiajcie je i podsypujcie mąkę z umiarem.


Z ciasta kształtujemy walec i kroimy go na 20 równych części. Jeśli się boicie o to, czy kawałki będą równe, to przekrójcie walec na pół, każdą połówkę jeszcze na pół, a potem na pięć już pójdzie łatwiej ;) Przed klejeniem knedli można już nastawić osoloną wodę do gotowania a na patelni  przygotować składniki na okrasę. Klejenie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, bo zawsze gdzieś śliwka chce wyleźć, ciasto się przerywa lub nie chce skleić tam, gdzie chcemy. Ale jest na to sposób: odkrojony plaster ciasta kładziemy jedną z ciętych ścianek w mące, a na drugą ściankę, gdzie ciasto jest klejące nakładamy śliwkę, po czym otulamy ją ciastem i łatwiej będzie nam je skleić miejscami nieobtoczonymi w mące. Na koniec kształtujemy w kulkę.


Knedle wrzucamy na wrzątek, po chwili możemy sprawdzić, czy nie przywarły do dna garnka i, jeśli tak się stało, delikatnie je odkleić. Knedle są ugotowane kiedy wypłyną na powierzchnię, choć na wszelki wypadek można odczekać jeszcze minutę. Więcej nie, żeby nie jeść papki o smaku knedli :) Na koniec polewamy bułeczką zasmażaną, posypujemy cukrem, a jeśli chcemy, żeby nam się już całkiem zrobiło niebo w gębie - dodajemy gęstą kwaśną śmietanę. Mmmmmm... Aż mi ślinka pociekła, bo, jak się zapewne domyślacie, te ze zdjęcia są już dawno zjedzone.






niedziela, 25 stycznia 2015

ciasto dyniowo-marchewkowe

Smak w sam raz na zimę, duża ilość przypraw korzennych ma nas wspomóc w zapobieganiu przeziębieniom, dlatego tak często zimą spożywamy potrawy bogate w cynamon, goździki czy imbir. Nawet zimowe herbatki z tymi przyprawami, nie wspominając już o piwie czy winie grzanym, mają nas uchronić od infekcji. Ale do rzeczy, wszak o cieście być miało.

Składniki na ciasto do tortownicy o średnicy 25 cm:
1 duża szklanka tartej odsączonej marchwi (najlepiej użyć odpadu po zrobieniu soku w sokowirówce), jeśli ze świeżej marchwi, mokrej - to wystarczy 1 niepełna szklanka,
1 szklanka gotowanej, pokrojonej w kostkę dyni,
1 szklanka oleju,
250 g majonezu,
5 jajek,
3 szklanki mąki pszennej,
4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej,
1,5 szklanki cukru,
4 łyżki miodu,
3 łyżeczki cynamonu, po 1 płaskiej łyżeczce mielonych goździków i imbiru,
3-4 łyżeczki proszku do pieczenia,
orzechy laskowe, migdały,
cukier waniliowy,
skórka pomarańczowa.

Do przełożenia:
330 ml. śmietanki 30%,
1/4 kg cukru pudru,
1 cukier waniliowy,
2 serki mascarpone (łącznie 500 g),
1 słoik nutelli.

Marchewka, jak już wspomniałam, najlepiej jak będzie dokładnie odsączona, jeśli nie - trzeba jej użyć mniej, bo inaczej zrobi się zakalec. Najlepiej więc użyć odpadu z sokowirówki. To samo dotyczy dyni - nie może być zbyt mokra, więc jeśli planujemy zrobić takie ciasto, to należy zacząć od gotowania dyni. Można to zrobić nawet dzień wcześniej. Dynię obrać, pokroić w kostkę i wrzucić na lekko osolony wrzątek. Odcedzić 5 minut po ponownym zagotowaniu i pozostawić na sitku bez przykrycia, aby woda mogła odciekać lub odparowywać. Pamiętajmy, aby nie używać więcej dyni, niż jest w przepisie, bo bardzo łatwo wówczas o zakalca.


Z białek ubijamy pianę, dodajemy cukier i nadal miksujemy, aż cukier częściowo się rozpuści. Potem dodajemy marchew i dynię, przyprawy, majonez i mąkę z proszkiem. Na koniec powoli dodajemy olej, stale miksując, po czym wrzucamy resztę składników, czyli miód, żółtka i bakalie, i mieszamy już łyżką. Wylewamy ciasto do tortownicy i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni Celsjusza. Pieczemy około 40 minut, po tym czasie sprawdzamy patyczkiem i ewentualnie dopiekamy, jeśli po przepisowym czasie nie będzie gotowe. Sprawdzanie patyczkiem, dla mniej wtajemniczonych, polega na wbiciu w środek ciasta patyczka (np. długiej wykałaczki) aż do samego dołu, wyciągnięcie i sprawdzenie czy patyczek nie jest mokry, czy nie oblepił się ciastem. Podczas sprawdzania patyczkiem ciasta nie wyjmujemy z piekarnika ani nie zmniejszamy temperatury, bo jeśli ciasto okaże się niedopieczone łatwo może nam "klapnąć".


Jak już uda nam się ładnie upiec możemy, podczas stygnięcia ciasta, przygotować krem. To już całkiem banalne: śmietanę 30% ubijamy na sztywno, dodajemy cukier, cukier waniliowy, dalej miksujemy i na koniec dodajemy serek mascarpone. Tym pokryjemy wierzch ciasta, ale pamiętajcie, że najpierw po wystudzeniu ciasto należy przekroić i przełożyć nutellą. Gotowe! Pyszne i zapewne baaardzo tuczące :D

poniedziałek, 22 grudnia 2014

kutia

Kutia przyszła do nas zza wschodniej granicy, choć jadano ją również na polskich kresach wschodnich. Na moim rodzinnym stole zagościła dość niedawno - wcześniej bardzo podobnie przyrządzony mak był farszem w makowcu. Zauważyłam, że przyrządza się ją bardzo różnie, jedni dają więcej maku, inni pszenicy, jeszcze inni skupiają się na orzechach. Tradycyjnie już podam przepis z taką proporcją składników, która mi najbardziej odpowiada.


Składniki na 10-15 porcji: 0,5 szkl. ziarna pszenicy, 0,5 kg maku, 2 filiżanki cukru, 1 szkl. orzechów włoskich, 1 szkl. orzechów laskowych, 1 szkl. migdałów, 3 czubate łyżki skórki pomarańczowej, 0,5 kg miodu, 1/2 szkl. rodzynek.

 
Pszenicę i mak moczyć przez 12 godzin, ale osobno, bo gotuje się je w różnym czasie a mak potem mieli. Tak więc po 12 godzinach namaczania pszenicę gotować 40 minut, mak 1 godz. i 20 minut. Po gotowaniu oba składniki odcedzić, w przypadku maku najbezpieczniej użyć pieluchy lub gęstej gazy. Filiżankę wody od gotowania maku zostawić. Mak należy zmielić trzykrotnie na koniec dodając część orzechów i migdałów po czym "popchnąć" makiem. Jeśli nie chcecie, żeby kutia była gorzkawa należy obrać wszystkie orzechy - najłatwiej skóra schodzi po zalaniu orzechów wrzątkiem i ostudzeniu w tej wodzie. Przyznam się, że bawiłam się w obieranie jedynie migdałów i laskowych, bo kto ma czas na takie zabawy przed świętami?


Mak zmielony, to teraz pora na karmel: do rondla wsypać cukier, zalać go wodą od gotowania maku i gotować/smażyć - w sumie nie wiem jak to nazwać w przypadku karmelu. Karmel będzie się mocno gotował, więc czasem go zdejmijcie z ognia i przemieszajcie (wystarczy poruszać rondlem, bez łyżki) i sprawdźcie czy nie jest już brązowy i gęsty (oleisty) - wówczas wrzućcie do niego kilka łyżek zmielonego maku, zamieszajcie i odstawcie do wystudzenia.


Jak już karmel z makiem wystygnie dorzucamy go do reszty maku i mieszamy z pozostałymi składnikami, z których rodzynki powinny być namoczone (zalane wrzątkiem i po 5 min. odcedzone), orzechy i migdały obrane i poszatkowane a miód płynny - tylko nie podgrzewajcie za mocno miodu, bo pozbawicie go wszystkich najlepszych właściwości:)

Kutię można podawać w salaterkach, pucharkach lub w misce jak sałatkę. Wiem jedno - dużo się tego nie da zjeść, bo to przesłodzona bomba kaloryczna :D

czwartek, 18 grudnia 2014

skórka pomarańczowa do ciast i innych deserów

Skórka pomarańczowa gościła u nas odkąd pamiętam, zawsze w lodówce stał co najmniej jeden jej słoiczek, a w czasach mojego dzieciństwa o pomarańczki było bardzo trudno. Dlatego pewnie mama, a wcześniej babcia, korzystały z każdej okazji zrobienia skórki do ciasta. Piernik czy ciasto drożdżowe nie byłoby bez niej tak smaczne.

Teraz, kiedy pomarańczki są nie dość, że dostępne w każdej niemal ilości, to jeszcze wyjątkowo tanie, zapominamy o wykorzystaniu skórki. A przecież to takie proste!

Obieramy pomarańczkę, wnętrze zjadamy, robimy z niego sok, nalewkę czy co tam potrzebujemy a skórkę kroimy w drobną kosteczkę. Pokrojoną skórkę z pomarańczek wkładamy do garnuszka, dolewamy wodę, dosypujemy cukier i gotujemy około 30-40 minut.


Proporcje: skórka z 2 pomarańczek, 1 szklanka wody, 1 czubata szklanka cukru. Po ugotowaniu gorącą wkładamy do wyparzonego słoika i zamykamy, a kiedy ostygnie wkładamy do lodówki. Tak przygotowaną skórkę można przechowywać nawet rok, a po otwarciu słoika - spokojnie może postać nawet miesiąc. Jeśli nie będziecie korzystać z niej zbyt często, lepiej włożyć ją do kilku mniejszych słoiczków, np. takich po koncentracie pomidorowym. Wspaniała jako dodatek do piernika, ciasta drożdżowego, dyniowego czy marchewkowego, lub do smaku i dekoracji na pączkach czy w deserach lodowych.

wtorek, 29 października 2013

Ciasto dyniowe




Sezon na dynię w pełni, więc nie można przegapić okazji spróbowania pysznego ciasta z tego warzywa. Przepis podaję na niewielką blaszkę (ok. 25 x  10 cm), choć sama robię zawsze z podwójnej porcji, bo tak szybko ciasto znika :) Potrzebny nam będzie tak naprawdę niezbyt duży kawałek dyni - po obraniu i pokrojeniu w kostkę musimy jej mieć 1,5 szklanki.Wybieram do ciasta raczej dojrzałe warzywo, obieram ze skórki, odkrajam włókna z wewnętrznej strony i resztę kroję w kostkę ok. 1 cm3. Dynię należy ugotować w lekko osolonej wodzie aż będzie miękka i odcedzić, zostawiając na sitku do całkowitego odparowania i wystudzenia. Do miski wrzucam składniki: 1,5 szkl. mąki, 2 jajka, 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 płaską łyżeczkę sody, 1 łyżeczkę cynamonu, 1/2 szkl. cukru, cukier waniliowy, 1 czubatą łyżkę mączki ziemniaczanej, skórkę pomarańczową i wystudzoną, odcedzoną dynię. Zaczynam miksować i po trochu dolewam 1/2 szklanki oleju. Ciasto przelewam na blachę i wkładam do rozgrzanego do 140 stopni piekarnika. W tej temperaturze piekę je 50 minut, po czym zmniejszam temperaturę do 100 stopni i dopiekam jeszcze 15 minut. Ciasto, zamiast do blaszki, można też włożyć do foremek na babeczki, wówczas należy być może skrócić trochę czas pieczenia - zmniejszając temperaturę kiedy już babeczki ładnie dyniowe wyrosną.



Ciasto jest bardzo smaczne z lukrem, który można zrobić w mgnieniu oka: przesiewam ok. 1/2 szklanki cukru pudru i dodaję do niego kilka kropel olejku do ciasta (ja lubię z migdałowym, ale to już kwestia gustu) i dosłownie po łyżeczce dodaję mleko, jednocześnie mieszając do uzyskania właściwej konsystencji lukru. Uwaga - cukier puder wchłania bardzo dużo płynu, więc mleko należy dodawać w malutkich ilościach. Smacznego!



niedziela, 26 sierpnia 2012

Kajmak

Jeśli lubicie krówki, to kajmak zdecydowanie jest czymś dla Was. Postanowiłam w końcu, po wielu pytaniach, spisać proporcje i się nimi podzielić. Niektórzy kupują  gotowy kajmak w puszce lub gotują zamknięte puszki mleka słodzonego, ja jednak jestem tradycjonalistką w tym względzie a smak wynagradza długie godziny doglądania.

2 litry skondensowanego, niesłodzonego mleka wlać do garnka, wsypać do tego 2,3 kg cukru i dużą torebkę cukru wanilinowego. Wymieszać, wstawić na mały ogień i wtedy już pozostają długie godziny oczekiwania i mieszania - na początku wystarczy mieszać co ok. 15 min. zaś im kajmak będzie gęstszy, tym częściej. Masę należy utrzymywać w takim stanie, aby nie za mocno się gotowała, a jedynie była na granicy zagotowania, lekko bulgocząc przy środku. Im masa gęstsza, tym bardziej należy uważać przy mieszaniu - bardzo łatwo może wykipieć (fot. mała prawa), należy też wówczas mieszać bardzo często, gdyż ma tendencje do przypalania. Na koniec należy mieszać stale. Próby gęstości łatwo jest zrobić wykładając małą ilość kajmaku na zimny spodek i sprawdzając jaki jest po ostygnięciu. Konsystencja jest w zasadzie jedynym wskaźnikiem zakończenia prac nad kajmakiem, dobierana w zależności od przeznaczenia. Przygotowanie kajmaku trwa mniej więcej 2,5-3 godziny (w zależności od powierzchni dna garnka i temperatury). Jeśli nie macie tyle czasu śmiało możecie wyłączyć kajmak wcześniej i dokończyć następnego dnia:)


Kajmak najlepiej nadaje się do andrutów (wafli) lub jako dodatek do przekładania czy polewania ciast i lodów, mi zaś od lat służy jako główna masa w wielkanocnych mazurkach i babeczkach.

czwartek, 3 marca 2011

pączki domowe

Jak tłusty czwartek to oczywiście pączki! Tego przepisu oczywiście nie byłabym w stanie sama wymyślić - po prostu skorzystałam z przepisu z internetu. Podam więc (wyjątkowo jak na mnie) dokładne proporcje składników. A więc potrzebne będą: 75 dag mąki (ok. 3 czubate szklanki), 15 dag cukru (ok 1/2 szklanki), 15 dkg masła, 6 jaj, 1/4 litra mleka, 5 dag drożdży, szczypta soli, 50 dag marmolady różanej, cukier puder, olej do smażenia.


Z mleka i drożdży z dodatkiem cukru i mąki zrobić zaczyn,wstawić go do podgrzanej w mikrofalówce mąki, a  po wyrośnięciu połączyć z resztą składników i wyrobić ciasto (śmiało można to zrobić mikserem z końcówkami - świderkami). Ciasto dobrze jest odstawić na trochę do wyrośnięcia. I teraz zaczyna się cała zabawa z klejeniem pączków, wtykaniem w nie marmolady i smażeniem. Ja jednak zamiast bawić się w formowanie kulek i umieszczanie (nie wiem jakim cudem) marmolady w środku po prostu rozwałkowałam ciasto, wykroiłam szklanką kółka i na połowie kółek umieściłam marmoladę po czym przykryłam je drugą warstwą ciasta, sklejając brzegi ;)) Jakie to proste!


Gotowe uformowane pączki odstawiłam jeszcze do wyrośnięcia (pod ściereczką w ciepłym miejscu) po czym, jak porządnie zwiększyły swoją objętość, smażyłam je na rozgrzanym głębokim oleju (równie dobrze może to być czysty smalec lub mieszanka smalcu i oleju). Pączki po dosłownie minucie można odwracać (a może nawet wcześniej? kwestia temperatury tłuszczu), smażyć tyle samo czasu na drugiej stronie i szybko wyjmować - najlepiej na chwilę na papierowe ręczniki, do odcieknięcia. Na koniec pączki można posypać cukrem pudrem lub polać lukrem. Najlepsze oczywiście świeżutkie, jeszcze ciepłe, za to (podobno) bardzo niezdrowe. Mniaaaam!